| |
(2008-10-08)
Andrzejku,zarówno zdjęcia,jak i opisy - wspaniałe !
jedreknn (2008-08-29)
To próba. Czy działa. Myślę, że będzie ok, :)
|
| |
|
|
|
|
06 Lutego 2012
Wszystko ucichło. Słychać było jedynie rozpaczliwy jęk zamarzających
jezior i trzask pękanych pni drzew. A ja od kilku dni czekałem na
spotkanie z tym jednym, jedynym, którego Św. Hubert pozwalał mi
widywać przez niewystarczające chwile już od października. Styczeń był
bogaty. Bo to mój miesiąc i okrągła rocznica. 21 stycznia 2012 roku
właśnie skończyłem 50 lat. Powoli zaczynam sobie to uświadamiać. Może
w końcu wydorośleję. Na co liczy najbliższa rodzina, przyjaciele no i
ja sam. Pomiędzy spotkaniami z przyjaciółmi, balami karnawałowymi,
myśliwskimi i odwiedzinami kolegów Św. Hubert wyciągał mnie na
niewielkie chwile do lasu. Raczył mnie sowicie dzikorami o różnej
maści, płci i orężu. Lecz to, co mi przygotował na moje urodziny
przeszło najśmielsze moje oczekiwania. W same urodziny odmówiłem
pójścia do lasu z wiadomych powodów. Jeszcze wziąłem na dodatek dwa
dni urlopu. Jeden w piątek a drugi w poniedziałek. Nie będę tłumaczył
dlaczego, bo to chyba wiadomo. W kolejną sobotę bal myśliwski w WKŁ
Wilk. Jak zwykle dopracowany. Wszystko na wysokim poziomie. Niedziela
była już wyłącznie dla mnie, dla Huberta i tego mył kusa, co chyba też
przeżywał kryzys wieku średniego. Przemieszczał się z łaniami i
cielakami skrajem łąki skubiąc wyschnięte źdźbła trawy. Gdy już
dokładnie go "miałem" to opanował mnie strach, że przez te dygotanie
rąk nie trafię. Padł jednak w ogniu. Jeszcze próbował wstać. Jeszcze
podniósł łeb. Skonał.
A łanie z cielakami stały. Długo stały. Bardzo długo stały. W końcu
odeszły daleko w pola pozwalając mi zejść z ambony i cieszyć się
widokiem wychodzonego, wymarzonego i wyśnionego byka.
PS. Dzik też jest perełką. On z dedykacją dla tych, co życzą mi
szczerze wszystkiego najlepszego. Pozdrawiam. Darz Bór!!!      
11 Listopada 2011
Pogoda wymarzona. Atmosfera wyśmienita. Pierwszy miot pusty, ale to
nie wadziło. Żadnemu z licznego towarzystwa humoru to nie zepsuło.
Wszyscy liczyli na ten drugi. No i padły strzały. Ale do lisiorów.
Jeden sobie został. Taki tam niedolisek. Ładnie go położyła Diana
Bernadetta Lewicka, zawstydzając, no może akurat nie swojego męża,
który ostro parzył, a mnie, bo i ja chciałem swoją garść śrutu
dołożyć. Nie trafiłem. Nadal wszyscy pełni nadziei. Bo jest jeszcze
trzeci miot, po sąsiedzku. Jeśli nie było ich w drugim miocie, to będą
w trzecim. W końcu gdzieś muszą być. I były! Naganka z trudem się
przedzierała przez młodnik. Psy głosiły jak opętane. Harmider
straszny. Pisk, jazgot, chwila ciszy i na nowo hałas. A na linię nic
nie chciało wyjść. To tak jakby słuchać tylko radia. W końcu Prezesowi
Zdzichowi Kropińskiemu, w samym rogu pojawił się jeden. A później
drugi. Obydwa oberwały za swoją głupotę i niewiedzę. Bo przecie
wszystkim wiadomo, że gdyby taki dzikor w młodniku sobie siedział, to
Pan prezes o nim by się nigdy nie dowiedział. Inni też nie próżnowali.
Głośno od jedno, dwu i trójlufek było. A to bliżej, a to dalej. U mnie
pojawiły się kozy. A może koza, która sobie dwa razy przeszła. Zbyt
piękne oczęta. Byłoby grzechem je zamykać. Dalej Hubert dał mi do
widoku na siedem kroków byka dziesiątaka, obustronnie widlicznego.
Niestety tylko można było sobie popatrzeć. Przebiegł wzdłuż stanowisk
i w końcu zniknął. Powoli miot się kończył, jeszcze tylko naganka
zakręciła w młodniku aby zmusić pozostałych w nim maruderów do
wyjścia. Jeden się zdecydował. I znów polazł na Prezesa Wilka! A
Prezes, tylko z sobie znanych (humanitarnych chyba, bo jakich tam
innych?) przyczyn nie wypalił. Tak miękkiego serca nie miał zaś prezes
Daniela. Królewskim patronem położył kabana w ogniu. Na zbiórce
posumowanie co nam Knieja przyniosła, co próbowali łowcy, ile razy
wypalali i z jakim skutkiem. Dalej miła chwila odznaczeń kolegów:
Jurka Safadera, Ludwika Sitkiewicza (obaj srebro) i Bogdana
Bronieckiego (braz). Odznaczenia wręczał "oficjel", Prezes ORŁ w
Słupsku, Jerzy Barbarowicz. Ale to swój chłop, co wrogów nie ma, zaś
przyjaciół bez liku.
Po tej całej ceremonii wszyscy pogoniliśmy na golonkę. A była naprawdę
mięciutka, z kapustą. I jaka smaczna! Jak zwykle dobrą robotę wykonał
Andrzej Januszewski.
Tak dla sprawiedliwości podaję, że strzałów oddano 24, na pokocie
znalazło się sześć sztuk czarnego zwierza i dwa liski. Królem
polowania został Zdzisław Kropiński, a jego giermek co nalewkę
prezesową (królewską) polewał, niejaki Jasiek od Bartłomiejusów oddał
sześć strzałów. Oddał. I tylko oddał.
I to by było chyba na tyle. Darz Bór!
A! Filmik z zakończenia polowania znajdziecie Moi Drodzy na stronie: Obejrzyj
               
11 Października 2011
Rykowisko jakby zwolniło. Jest chyba zbyt ciepło. Bo te 15 stopni nocą robi swoje. A jeszcze tak niedawno odzywało się ich ponad 130! Teraz, za widnego wychodzą tylko te, które św. Hubert chce zabrać do siebie. I zabiera. Goście z Niemiec wykorzystują ostatnie promyki słońca przebijające się zza horyzontu i robią selekcję wśród tych, które otumanione czasem godów pojawiają się na otwartych terenach. Są wśród nich perełki. Selekty jak się patrzy. I może to i dobrze. Jeśli się chce mieć dobre byki to tak własnie należy czynić.
Wracając do tych gości, to też pojawiają się wśród nich "perełki". Jeden taki, niskiego wzrostu, okrąglutki, z piórkami w kapelusiku, ruchliwy dyskutant, co się wszystko jemu nie podoba, podchodził kilkakrotnie byki. Za trzecim razem podczas głośniejszej kłótni z podprowadzającym polskim myśliwym zdecydował się na strzał odrzucając pastorałki jako zbyteczny, przeszkadzający przyrząd.. Trzy razy wypalił. Bezskutecznie. Podprowadzający mając już dość wszystkiego tj. jego gadulstwa, marudzenia i narzekania, wyrwał mu broń i też sobie wypalił. Bezskutecznie. Obaj wracali mocno skłóceni i niezadowoleni. Poproszono mnie, abym zajął się gościem. Byłem zgodnie z planem o 18. W drodze na ambonę nasłuchałem się, że on nie chce podchodzić, że u siebie nie strzela z pastorałek, że siedzi na ambonie i spokojnie czeka. Kilometr przed amboną dobitnie sobie w aucie pierdnął. Smród do niewyobrażenia. Otworzyłem szybko okno i pognałem prędziutko do ambony, wsłuchując się w chichot Niemca. Kilometr wydawał się niezwykle rozciągliwy. Dotarliśmy jednak cało pod samą ambonę. Z auta chwyciłem jego plecak, zabrałem siedzisko, aby nie było od deski zimno w ten pierdzący tyłek i wdrapaliśmy się na ambonę. Siadając wygodnie odchyliłem gwóźdź i otworzyłem leciutko na 5 cm okienko.Podniosłem swój polski tyłek wydałem w grubych basach piękny marsz. Coś na wzór tych niemieckich marszy wojskowych. Współtowarzysz łowów dopadł do okienka ale niestety nie znał zasady jego otwierania. Krzyknął jedynie dwa razy: Fenster! Fenster! Na to ja: Langsam. Langsam! I powoli, naprawdę powoli otwarłem okienko po jego stronie tez na owe 5 cm. Szarpnął zawiasami, otworzył je z hukiem na oścież i wystawił swój łeb w kapeluszu. Po wymianie powietrza, bo zrobił się leciutki przeciąg, poinformowałem, że przed 19 z kierunku wschodniego (jego kierunku) pojawi się byk samotnik, a tuż po 19, od południa chmara (cztery łanie i trzy cielaki). Byk pojawi się po kilku minutach. Zdecydował, że będzie czekał na tego z chmary. I słusznie. Bo to ciekawy myłkus. Lufę wystawił przez okno. Na moją uwagę, że trzeba spoglądać przez lornetkę, że jeszcze mamy prawie godzinę czasu odparł, że to ja mam spoglądać i kiedy powiem, że już jest to on strzeli. Hmm. No dobrze. Pierwszy byk się nie pokazał. Za to chmara była punktualnie. Wszyła na środeczek łąki i czekała na władcę owego haremu. Pojawił się idąc leniwie w stronę licówki. Kazałem się "nemrodowi z choinki" przygotować. Pomimo, ze przez półgodziny trenował składanie się do strzału, teraz wiercił się wyjątkowo nerwowo. Szeptem dodał, że byk się mocno kręci. Złożyłem dłonie i krótko zaryczałem. Trochę w stronę byka, trochę ze śmiechu. Byk stanął idealnie. Myśliwiec uspokoił się i pociągnął za spust. A tu cisza. Nie napiął iglicy i nie odbezpieczył przy tym broni w blaserze R 93 (!!!). Byk na szczęście stał dalej. Naprawa błędu. Odbezpieczenie. Skład. A tu nadal cisza. Zacząłem się modlić. Podczas drugiej "zdrowaśki" pada strzał. Wreszcie! No! Niebiosa mnie wysłuchały! Łanie z cielakami ładnie zawinęły się wkoło byka i zabierając go, razem lekkim truchcikiem przez łąkę zniknęły w lesie. Idealne pudło!!!! No! Pomyślałem sobie. Trochę nauczy się pokory. Po powrocie skarżył się, że nie odbezpieczył broni, a gdy to zrobił nie włączył przyspiesznika. Wszyscy parsknęli śmiechem. R 93 nie ma przyspiesznika. Za to ma fatalnego właściciela. Starałem się go bronić, że był pod wpływem gazu itd. Gdy wracałem do swego auta zerknąłem na jego pojazd.na parkingu. Na tylnym siedzeniu leżały pastorałki.
PS. Na zdjęciu uwidocznieni ci, których św. Hubert łaską darzy.                
06 Września 2011
W zasadzie to już koniec lata. Temperatura spadła w ciągu jednego dnia
o prawie 20 stopni. W dodatku pada i wieje. Tylko czasami pojawia się
Słońce. Chyba, tylko po to żeby o nim nie zapomnieć. W nocy zaś,
między chmurami zamigocą gwiazdy. I przez ten krótki czas odzywają się
od niechcenia byki. Poza tym wszystko żółcieje spowite pajęczyną
babiego lata. Mi, a raczej nam (Beacie i Gosi) udało się chwycić
ostatnie dni względnego lata nad Wigrami. Dokładniej w Wigierskim
Parku Narodowym i Poszeszupiu. Wpadliśmy w kilka miejsc dla nas
najważniejszych. Odwiedziliśmy groby przyjaciół, którzy odeszli nagle,
bez zapowiedzi. Wspominaliśmy Heńka Pietraszewskiego, Piotra
Kisłowskiego, Darka Bobrowskiego, Tadka Świackiego i innych. Czas
nieubłaganie robi swoje. Odwiedziliśmy także dyrekcję Wigierskiego
Parku, a w niej piękną salę wystawową. Dyrektor, Jacek Łoziński (kol.
ze studiów) i jego zastępca, mój druh z polowań, i nie tylko z
polowań, Zbigniew Bogusławski doskonale sobie radzą z licznymi
parkowymi problemami. A my? A my zakwaterowaliśmy się w Krzywem u
naszych przyjaciół Basi i Bogdana Siemionów. Tak, aby mieć wszędzie
blisko. Nad jezioro Czarne, nad jezioro Krzywe, nad same Wigry. By móc
chodzić ścieżkami przyrodniczymi, kąpać się i pływać parkową,
szklanodenną łódką. Za dnia zaglądać w zakamarki, które zdradziła nam
Małgorzata Karaś, niezwykle sympatyczna, komunikatywna kobieta. Taka,
o której śmiało można powiedzieć: do rany przyłóż. Dużo wie. I ma
wielką zaletę przekonywania!
Wszystko było niestety jednak w biegu. Chciałem córce swej, Gosi
pokazać jak najwięcej. Odwiedzić przyjaciół. Zamienić kilka słów z
każdym. Wpaść do Zdzicha Huszczy na szklankę zimnej wody, do
Kisłowskich na ciepłą rybkę, do Świackich na herbatę. Chciałem
koniecznie uścisnąć dłoń Czesławowi Martynce. Wszyscy z nich się nie
zmienili. Promieniują nadal wielką energią, dobrym humorem. I pomimo
przeciwności losu są zawsze uśmiechnięci. Dotyczy to też wszystkich
byłych i obecnych pracowników Wigierskiego Parku Narodowego, a w
szczególności Józia Koncewicza czy Stefana Mackiewicza.
Wpadliśmy także do Leszczyńskich. Cudem ich odnajdując w Suwałkach. A
po sąsiedzku, od Leszczyńskich na tak zwany rzut na taśmę odkryliśmy
zaciszne gniazdko Kamińskich. Nadal są pełni humoru, choć trochę
nerwowi bo właśnie pakowali się na wycieczkę samochodem na zachód
Europy, do Hiszpanii.
Trochę czasu zabieraliśmy Teresie Pietraszewskiej, naszej kochanej
Teresie. Nigdy jakoś nie umiemy się z nią rozstać. Zaciągnęła nas
nawet pod samą Litwę, do Poszeszupia. Tam gdzie jej rodzice. Gdzie
spokój i cisza. Gdzie człek chciałby tam zostać i być zapomnianym od
trosk.
Ale wieczorami trza nam było wracać do Krzywego. Bo tak się dziwnie
dzieje, że nadal, najlepsze na świecie nalewki robią Ania i Lech
Krzysztofiakowie. Przy tym ani nam, ani Im gęby przy nalewkach się nie
zamykają. Nawet teraz, pisząc ten tekst to sobie mlaskam. Mniam,
mniam. Wspominając również wyborne ciasta Ani, które pierwszy raz
miałem okazję zasmakować w końcu lat osiemdziesiątych. Tak, tak. To
już tyle lat. Wówczas mój kilkuletni syn, Jasiek zaglądał często do
Krzysztofiaków na zwiady pytając się: Ciocia! Pieczesz ciasto?. Ano
piekę - padała odpowiedź. Na to synek: Wołać ojca? Wołać, wołać -
odpowiadała z uśmiechem No i wpadałem i na ciacho i na nalewkę, za
którymi ciągle, ogromnie tęsknię.
Czas biegł jednak nieubłaganie szybko. Pora przyszła na powrót do
domu. Jeszcze wyjeżdżając z Suwałk pożegnanie z Heńkiem i dalej w
trasę. Do domu.
Dziękujemy wszystkim, którzy nas pamiętali i którzy sobie nas przypomnieli.
Zapraszam do galerii WIGRY
28 Lipca 2011
Wpadli do mnie z Czech, a właściwie z okolic Olsztyna, gdzie pogoda ich nie rozpieszczała. Karel, jego wnuk i zięć (niektórzy z Was ich znają) zamarzyli o złowieniu legendarnych, wielkich, polskich ryb. Niestety brania nie było. Poza drobiazgiem, który w Czechach też jest liczny, nic interesującego na haczyki się nie skusiło. Wpadli więc do Wróbla aby ich poratował. Poinformowałem, że za nich ryb to ja nie będę łowił, bo brak czasu, a poza tym cierpliwości no i kręgosłup chory. Sami będą musieli łowić, walczyć i wytargać jakieś tam monstrum z wody. Ja nie mam siły i zdrowia. Śmiali się z moich opowiadań. Wspominali, że przebiłbym scenarzystę "Rumcajsa", "Krecika" czy nawet scenarzystę "Bajki z mchu i paproci" (polska wersja językowa to chyba: "Żwirek i Muchomorek"). Uzbroili się więc moi Czesi w dobry sprzęt i wprosiłem ich do Michała, przyjaciela mego. To, jak legenda głosi pewne miejsce. I wierzcie mi, że to prawda. Monstrum, które wytargali w trzech chłopa, kalecząc ręce, bo podbierak nie wytrzymał, ma 9, słownie: dziewięć kilogramów! Dobra robota! Pani domu, moja białogłowa już zaciera ręce. Ma pewien nawet sposób jak go obrobić aby można było palce lizać. Dla towarzystwa zabrała jeszcze mniejszego szczupaka, kilka płoci (do octu), karpie i karasie. Będzie wyżerka. Może uda się Wam na nią zdążyć. Zapraszamy!
PS. Dla informacji co dla niektórych podaję: Ryby, te wielkie, drapieżne złowione na "blachę" i inne tam błyskotki i woblery, a "octowe" na kukurydzę z puszki (bolognese) i jakieś tam robaki.          
17 Czerwca 2011
Każde wyjście w teren to nowe odkrycia i nowe przeżycia. Zawsze coś zaskakuje człowieka.
Tak też było i tym razem. Pierwsze wrażenie? Szok! I pytanie: Co jest???
Ano sami zobaczcie klikając na poniższy link.
Obejrzyj
Film wyłącznie dla Was. Zachowuję wszystkie prawa autorskie. :)
A gdybyście nadal dociekali to odpowiem cytatem z filmu: Stul pysk, Kloss! My tu jesteśmy od zadawania pytań!
Uścisk dłoni dwóch agentów: J23 i WD40 świadczy, że świat się zmienia.
 
27 Maja 2011
Knop, Klif, Koga, Kil, Nautek, Cekin, Certa, Cyklon oto pierwsi plażowicze w Czołpinie. Trzy pojawiły się z warszawskiego ZOO, pozostałe pochodzą ze Stacji Morskiej na Helu. Ich losy są rozmaite. Teraz świat stanął znów otworem. Trochę nieśmiało, bo widownia niezwykle liczna, zaczęły smakować piasku i nabierać pierwsze łyki wody. Później bardziej żwawo i większym zaufaniem zanurzały się w wodzie. Dzięki nadajnikom możemy je śledzić przez internet, w którym miejscu są i przypuszczać co ewentualnie tam robią. Życzmy im wszyscy szczęścia!!! A filmik z plaży Czołpińskiej to odnajdziecie tutaj:
Obejrzyj i tutaj: Obejrzyj     
19 Maja 2011
Emocje były ogromne. Jeszcze nie wygasły. Narastały z chwilą nakładania przez Niego parostków. A nakładały się dumnie, jeszcze gdy w scypule formował się Jego główny atrybut - trójząb. Widziałem owego Neptuna w czasie, gdy łąki były przykryte śniegiem. Widziałem Go kiedy śniegi znikły, a łąki przykrywane były porannym szronem. Widziałem go w końcu w zieleniącej się trawie, a później w żółtawych kwiatach. W końcu wiedziałem Go jak zdejmuje scypuł wycierając szydła o krzakory wierzby. Chodził wówczas dumnie z powiewającymi flagami. W końcu pokazał się w całej krasie ubarwiając trójząb na kolor rudawo brązowy. Lekko zardzewiały od słonych wód morskich. I tak, owy bóg wód, chmur i deszczu rozpoczął swe panowanie w rewirze otoczonym morzem, jeziorami, rzekami i licznymi kanałami. Jednak za sprawą Diany - bogini łowów, patronki myśliwych, a może samego Jowisza panowanie nie trwało długo. Pogromcą Neptuna został kolega Mirek Vrtilek, o czym ja, jego giermek uprzejmie donoszę.
Wiedziałem, że będzie wielki, że to znakomity myłkus, jeżeli nie najpiękniejszy to będzie jednym z najpiękniejszych myłkusów w tym roku w Polsce. 
18 Marca 2011
Liszka, R 8 i Wróbel
Z lekkim podnieceniem nastawiłem się na poranny wyjazd na łąki poligonowe. Wstałem wcześnie, tuż przed czwartą. Miałem czas na śniadanie (pierwsze), lekką toaletę aby godnie przywitać dzień i ruszyłem w teren. Ustawiłem się wśród balotów zeszłorocznego siana i czekałem na lepsze światło. Pojawiło się w ciągu pół godziny oświetlając wielkie połacie łąk, na środku których pasła się chmara osiemdziesięciu ośmiu jeleni. Były tam minimum dwa dziesiątaki (trzecia głowa), 6 ósmaków w drugiej głowie, 4 szóstaki (to samo) i szpicery. Jeden się wyróżniał bo nosił szpice na ponad trzy długości łyżek. Będzie z niego pożytek! Słońce szybko wznosiło się nad horyzont. Temperatura tak samo. Z minus jeden do plus cztery. Podnosiły się również sarny, które pojawiały się jak grzyby po deszczu. Niestety, tego co tygrysy lubią najbardziej jednak nie było. Ale pojawiła się liszka. Chyba jeszcze zakochana po lutowej cieczce bo szła sztychem w kierunku balotów. A w balotach ja. No i została, co można zobaczyć na zdjęciach. Po drodze do domu zinwentaryzowałem sobie jeszcze sarny. Od kanału C 9 aż do rzeki Pustynki było ich sto siedem. Całkiem całkiem jak na marne trzysta hektarów. Przed domem powitały mnie czajki. Znaczy się, że wiosna tuż tuż. Teraz będę wypatrywał moich boćków. W domu nie kładłem się. Zrobiłem sobie śniadanie (drugie) i pojechałem do pracy w sam środek zgiełku ludzkiego. Ale w południe byłem znów na łąkach, gdzie przywracamy warunki lęgowe dla ptactwa.Jeśli jesteście ciekawi to kliknijcie na link: Obejrzyj
  
12 Grudnia 2010
Ziścić marzenia, spełnić sny na jawie, zrealizować podróż życia. I wreszcie - zakochać się od pierwszego wejrzenia. To wszystko stało się. Stało się w drugiej połowie listopada 2010 roku.
Wystartowałem piętnastego listopada samochodem do Brna. Tam przepakowałem walizki i dalej do Wiednia. Stąd już tylko samolotami do Johannesburga z przesiadką w Dubaju. W sumie prawie czternaście godzin w powietrzu. Przecież to żaden wróbel nie wytrzyma! W doborowym towarzystwie podróż mijała jednak szybko i wesoło. Południowa Afryka przywitała nas w deszczu w temperaturze odpowiadającej ciepłym, majowym dniom w Polsce. Ruszyliśmy lewą stroną (bo tu ruch lewostronny), na północ, do prowincji Limpopo. Na kilka rzutów beretem od granicy z Botswaną i Zimbabwe. Rozlokowaliśmy się w bazie Luiperdskloof. Otrzymałem bardzo ładny domek, kryty trzciną, z ciepłą wodą, lodówką i wygodnym wyrkiem. Żałowałem jedynie, że tachałem kilkanaście tysięcy kilometrów za dużo ubrań na zmianę. Tutaj zabrudzone wrzuca się do kosza, a na drugi dzień jest ponownie czyste i wyprasowane. Starałem się nawet „dorwać” tę gosposię w moim domku, lecz przez cały pobyt nie udało mi się. Nigdy jej nie widziałem.
Już tego samego dnia, aby nie marnować najpiękniejszych chwil w życiu udaliśmy się w teren. Obszar po jakim się mieliśmy poruszać to kilkanaście tysięcy hektarów, z czego ten pierwszy to ponad trzy i pół tysiąca hektarów. W kilka dni nie ma szans aby zbadać każde zakamarki. Ale najważniejsze miejsca muszą być przeze mnie zaliczone. Chciałem chłonąć wszystko, zagarniać rękoma bezkresne przestrzenie, dotykać głazów i kamieni, zaglądać na dno wąwozów, podglądać zwierzaki, łapać je w kadr aparatu i kamery i wreszcie liczyć na dar od św. Huberta. Obojętnie czy czarno czy białoskórego.
A co otworzyła i pokazała mi Afryka, to uwidoczniłem na zdjęciach poniżej.
Pełen tekst z darami od św. Huberta znajduje się w dziale myślistwo.               
13 Września 2010
Koniec lata
Zawiało wiatrem
Aż liście na drzewach zadygotały
I opadły
Za jednym pociągnięciem
Wichrowej ręki
Dotąd szara ziemia
Od liści dywanu kolorową jest
I ten leśny zapach borowika,
Którym wiatr zawiał,
Został w albumie jesiennych liści.
*
W oddali słychać ostatnie
Kombajny, pierwsze orki.
I tak idąc po pustym ściernisku
Przypomina mi się lato,
Ciepłe, złociste.
I smutno się robi na sercu
Myśląc o końcu lata,
Które powróci dopiero za rok.
Tekst i zdjęcia: Gosia Wróbel, wrzesień 2010t.      
13 Września 2010
Czy to koniec lata?
Czy to koniec lata? Gdyż pożółkły liście, zszarzały ścierniska.
Ostatnie wieczorne burze rodzą wymokliska.
A jak koniec lata, czy to koniec życia?
Zgania deszczem natura swą dziatwę do mycia.
Do snu długiego przytula matczyna,
Jesienią prawdziwą, przedzimie zaczyna.
Lecz to nieprawda. Życie na nowo zakwita,
gdzieś we wnętrzu, promyk istnienia zawita.
A las na nowo huczy optymizmem
Grających byków. Jakby okultyzmem.
Ruch. Impet. Trzaski wieńców. Dziwne pomruki.
Odgłosy jakieś. I znów łomot i znów huki!
Darń wyrywana. Zakładana na wieńce, na maski.
I znów pęd! I znów trzaski!
A cisza? A cisza tylko na chwilę.
By znów słyszeć huki i ryki na milę.
I wcale w babrzysku usypiająco nie brodzi.
W sercach naszych i duszy na nowo się rodzi!.
Na ten widok, na odgłosy , na swoistym kryciem
Życie właśnie teraz, właśnie teraz tętni życiem.
tekst:Andrzej Wróbel, 13.09.2010r.
zdjęcia: Marcin Nawrocki         
10 Września 2010
Wybrałem się wieczorkiem by wgramolić się na ambonę i trochę odpocząć psychicznie od dnia nerwowego. Poiłem się widokiem kóz z koźlakami pasącymi się w oklapniętym łanie żyta. Ale dzikorów nie było. Już o dobrym zmroku, ale o dobrej jeszcze widoczności padła decyzja o zmianie miejsca. Na łan pszeniczny graniczący z zapomnianym chyba przez Boga i człowieka jęczmieniem. Oddalając się od ambony nagle ofukały mnie dwa wycinki. Musiały wejść w żyto dokładnie gdy schodziłem z ambony. Tak to jest gdy nie można wysiedzieć cierpliwie na jednym miejscu.
No nic. Może na pszenicy.
Już z daleka, idąc pod wiatr usłyszałem przyjemne dla ucha ciamkanie. Dwa urzędowały w pszenicy a jeden coś tam sobie wyszukiwał buchtując w jęczmieniu. Postanowiłem przytulić się do lasu. Tu jednak wiatr zmienił kierunek i z dzikorami niestety pożegnałem się błyskawicznie. Znów dwa fuknięcia na pożegnanie i cisza.
A miałem sobie odpocząć! A tu stałem się jeszcze bardziej nerwowy. Tylko spokojnie pomyślałem. Zaglądnę sobie na ściernisko i pojadę do domu. Podjechałem kilkaset metrów. Dalej pieszo. Na ściernisku, na samym środku trzy kozy. Omijam je z daleka. Idę z wolna by nie hałasować. Na końcu wielkiego pola dostrzegam ciemną plamę. Chyba coś mam. Pomyślałem sobie, że gdyby to był dzik to nawet nie będzie kłopotu z transportem bo na ściernisko można śmiało wjechać. Skradam się niezwykle powoli. Jest coraz ciemniej. Brak dostatecznej ilości światła zmusza mnie na skrócenie dystansu maksymalnie. Jestem już na 40-50 metrze. To chyba wystarczy. Przyglądam się. Ot taki średniak. Buchtuje blisko grobli. Sam jeden. Może i dlatego czujny. Gdy kozioł zaszczekał od razu ustawił się do niego. Wietrzył. Po jakimś czasie już szczekaniem się nie przejmował. Tak mi się przynajmniej wydawało. Ustawiam spokojnie pastorałki. Kładę broń. Składam się. Ale w lunecie nic nie widzę. Ponownie lornetka do oczu. A w niej też pusto. Zniknął. Kurza twarz!!! Co się dzieje???
Dziś chyba nic mi nie jest pisane. A tak chciałem chwalić dzień przed „zachodem Słońca”. A tu cały taki jakiś popieprzony. Koniec tego dobrego. Wracam. Trzeba się przespać. W drodze powrotnej natchnąłem się znowu na jakiegoś wycinka. Suknia Czarnawa. Dobrze widoczne. Szedł idealnie w moim kierunku. Z wiatrem! A ja pod lasem. Wręcz idealnie. Spokojniutko rozkładam pastorałki. I obserwuję go już przez lunetę. Idzie wprost na sztych. Ale czasu mam sporo. Czekam jak się obróci. Nic z tego. Idzie nadal na sztych. Wolniutko, leniwie co chwilę się zatrzymując. Jest już wystarczająco blisko. Tak blisko, że na pewno wyraźnie usłyszał dzwonek telefonu. I to był moment. Odwrócił się tak błyskawicznie i tak szybko ruszył w przeciwną stronę, że tylko jego ciemna jak sadza plama z wolna zmieniała się w odcienie szarości i po chwili znikła.
Tego było za wiele. Rozładowałem broń. Złożyłem pastorałki i zdecydowanym krokiem udałem się do auta a dalej do domu. Tyle pechowych zdarzeń w ciągu jednego krótkiego wyjścia!
Ale tak to jest, gdy ktoś cię prosi o dzika. Albo go nie ma, albo go nie można spokojnie pozyskać.
Na osłodę i sobie i Wam, dwa świeżutkie zdjęcia Marcina Nawrockiego.
Pozdrawiam. darz Bór! 
05 Lipca 2010
We wtorek, 15 czerwca, na plaży Czołpińskiej Słowińskiego Parku
Narodowego wypuszczono do Bałtyku siedem fok szarych mieszkających
wcześniej w Stacji Morskiej w Helu. Każdej z nich nadano imiona i
specjalny nadajnik, aby móc później śledzić ich marszrutę prądami
morskimi, a czasami i pod prąd po wodach naszego morza. I są to:
Jantar, Jolka, Sabiś, Orzechówka, Mika, Darka oraz Jadrinka (chyba
poprawnie zapamiętałem).
Aby zobaczyć, gdzie foki aktualnie się znajdują Stacja Morska w Helu
zaprasza na swoją stronę: www.fokarium.pl.
Tam znajdziecie link: Śledzimy nasze foki.
Trzymajmy wszyscy kciuki aby nowo wypuszczonym fokom powiodło się całkowicie.
02 Czerwca 2010
To pole bez topól.
Nie zawsze to co się robi wygląda tak, jak powinno wyglądać. I aby osiągnąć jakiś cel, trzeba iść taką drogą, która dla wielu z nas wydaje się kręta i wyboista i którą wcale nie powinniśmy się poruszać. Takim może dziwnym zachowaniem, być może dla części z Was niezrozumiałym jest wycinka drzew przydrożnych. Lecz w tym przypadku nie chodzi o bezpieczeństwo kierowców, lecz o bezpieczeństwo wszelakiego ptactwa, które to na leciutko podmokniętych łąkach odbywa swe gody i lęgi. Trawa ścinana pyskami krów jest na taką wysokość, aby ptaki mogły się schować wystawiając jedynie głowę. Lecz to niestety nie zapewnia bezpieczeństwa przed drapieżnikami lotnymi, a szczególnie przed różnymi krukowatymi, które w niemiłosierny sposób dziesiątkują ptactwo. Siedzą sobie one na pewnej wysokości. Długo. Bo mają czas i dokładnie wypatrują co "w trawie piszczy" no i gdzie piszczy. następnie zlatują z drzewa prosto z góry wypatrzone miejsce i niszczą lęgi. Stąd na jednym ze zdjęć uśmiechnięta twarz Wróbla. Krukowate niech lecą gdzie indziej. Tu mają pierwszeństwo bekasy, bataliony, czajki, kuliki i inne siewki.
09 Maja 2010
Majówka
Z każdym, co bym nie rozmawiał narzekał na wiosenne dni, że zimno, wietrznie, że przynoszą pecha. To fakt. Nie rozpieszcza nas wiosna tego roku. Każdy ma swoje małe i większe tragedie, które na szczęście łączą a nie dzielą, Ale są i promyki nadziei, bo, jak co roku boćki przyleciały, jak co roku kwiaty rozkwitły w ogródkach. Po ciężkiej zimie dla nas wszystkich należało dać oddech zwierzynie, aby mogła dojść do siebie i nabrać kondycji. Tak było i ze mną, kiedy podczas odśnieżania dróg dla zwierza poszedł mi nieopacznie nerw strzałkowy. Długa rehabilitacja przywróciła władzę w nodze i chęci do życia. Mogłem, zatem wyruszyć jak zawczasu bywało w łowisko. Hubert wynagrodził mi jak zwykle tym, co miał najcenniejszego. A przede wszystkim widokiem rozzuchwalonych dzikorów. Szczególnie jeden był nad wyraz bezczelny. Już z daleka widziałem jak wyszedł z lasu i gnał prosto do wsi. A ja za nim. Wpadł pierwszy w zagrodę. Ja w świetle lamp musiałem pomalutku doczłapać sie do chałup. A tam na podwórku dzik krzątał się między pojazdami, zahaczył o kombajn, odwiedził kurnik, sprawdził ogródek. I pomimo czynionego od czasu do czasu hałasu, nie pobudził do działania psa, który to sobie leżał śpiąc na ganku. Wycofałem się ze wsi. Stanąłem opodal lasu. Dzik wracał tą samą drogą. Jednak do lasu już nie doszedł. Oczywiście był problem, bo w koszu już jeden dzik zajmował miejsce. Ale sobie jakoś poradziliśmy. W końcu to nie business klas. natomiast na dzisiejszego porannego nastawiałem się od tygodnia. Młody gówniarz, ale sprytny. Kiwał mnie straszliwie. Dlatego postanowiłem z chałupy podjechać kilometr a dalej iść pieszo. Prawie drugi kilometr. Był oczywiście tam gdzie zawsze, na środku łąki. Ale marszrutę dzisiaj wybrał nie tą, co potrzeba. Powoli oddalał sie przewracając, co kilka kroków darń. Zdecydowałem się na strzał. Kula leciała niemiłosiernie długo, jakby miała całą kulę ziemską okrążyć niczym satelita. Aż w końcu usłyszałem plaśnięcie. Dzik się zerwał do biegu, lecz po chwili zwalniał aż w końcu się położył. Dojście do niego to zaliczenie kilku rowów i marszruta przez podmokłą łąkę (w nocy mocno padało). Dzika jednak nie mogłem znaleźć. Wlazłem w sitowie. Może tam jest? Był! Nagle podniósł się i ruszył impetem wprost na mnie. Szybko składam się. Nie widzę go w lunecie. I nie zobaczę, bo przybliżenie dwunastokrotne to chyba lekka przesada na strzał z kilku metrów. Odkładam broń od oka. Dzik już jest dwa metry ode mnie. Z przyłożenia. Nie. Bo po moim fuknięciu tuż przede mną odbija w bok. Odchodzi. Składam się. Jest idealnie. Ciągnę. Broń nie wypala. Zabezpieczona. Odbezpieczam. Znów składam się. Nie mogę strzelać. W oddali widzę swoje auto. Lepiej nie. Licho nie śpi. Dzikor robi rewoltę i sunie ponownie na mnie. Przybliżenie już jest trzykrotne, broń odbezpieczona. Czekam jak sie ustawi do boku. Ustawił się. No i został.
16 Listopada 2009
Nie tańczę z dzikami.
Muzyka nie ta.
Wiatr struny drzew zrywa.
Natura ciężko ma.
Podpatruję zatem walkę inną.
Gdzie jedni aby żyć
Uśmiercają tych wielkich
Wyłącznie, aby być.
Słodkości w tych barwach jednak wiele
Jak plastry miodu w ulu letnim
Karmię swe oczy pięknem tym
Jak sękacz słodziutki w nim
|
| |
|
|